Wpisy
Po raz kolejny dokładnie zgadłam wagę mojej córci jeszcze przed ważeniem, chyba mam wagę w oczach, w takim razie po co mi te wizyty kontrolne, a no po to, że jeszcze z długością ciała nie trafiam...
Za m-ąc idziemy na specjalne badania szczegółowe, przychodnia prowadzi taki pilotażowy projekt, porównujący 8 miesięczne dzieci pod kontem ich rozwoju, zdolności ruchowych itp. i postanowiłam, że weźmiemy w nim udział. Potem dane wysyłane są do centrali i na tej podstawie powstanie raport krajowy, fajna sprawa. Poza tym, że będzie można porównać swoje dziecko na tle innych dzieci w tym samym wieku, to z pewnością będzie to coś nowego zarówno dla mnie jako matki jak i dla mojej córuni. Wszystko rozpocznie się od zabawy na dywanie, szczegóły podam za miesiąc...
A jednak ...
jakże mnie dziś najpierw zaskoczył a potem uradował fakt, że nie trzeba się znać, nie trzeba być dobrymi przyjaciółmi żeby podtrzymywać solidarność pochodzenia.
I dlatego już na dniach idę na spotkanie z innymi polskimi kobietami, które mieszkają w tym samym miasteczku co ja, nie wszystkie się znają, nie wszystkie się widziały ale za to wszystkie chętnie przystały na spotkanie, które ma być początkiem nowych znajomości.
A mówią, że "polak polakowi wilkiem" a tu jednak można.
Właśnie mi się dziś przypomniało, że nie opisałam dwóch interesujących historii, które ostatnio usłyszałam od znajomych szwedów.
Jedna jest wyjątkowo śmieszna, bo wydarzyła się tuż przed domem naszych znajomych, jak co dzień po powrocie z pracy, zaparkowali auto przed domem ( mieszkają w tym mieście dopiero jakieś kilka m-cy na osiedlu domków jednorodzinnych), drugiego dnia wychodząc do pracy zauważyli karteczkę za wycieraczką.
Co się okazało, stojąc tuż pod własnymi oknami, na wewnętrznej uliczce osiedlowej otrzymali mandat w wysokości 400 koron za to, że stanęli na drodze niezgodnie z kierunkiem ruchu, krótko mówiąc miej się na baczności parkując nawet na swoim trawniku ;-)
Inna historia, która mnie dość zaskoczyła, są takie miejsca, takie parkingi osiedlowe ale mam na myśli już osiedla wielorodzinne, czyli popularne bloki, gdzie większość miejsc jest zarezerwowana i opłacona przez mieszkańców a co za tym idzie specjalnie oznaczona. Kiedy więc znaleźliśmy w końcu wolne nieoznaczone miejsce, nie zastanawialiśmy się długo, zaparkowaliśmy i chodu w gości. Nasz duma z tytułu naszego sprytu nie trwała długo i opuściła nas jak tylko przekroczyliśmy próg gospodarzy, otóż przyjeżdżając do kogoś w gości, należało wziąć od gospodarzy specjalną przepustkę i włożyć ją za szybę, po to aby udowodnić, że mieliśmy prawo tu zaparkować z tytułu gościnnego przyjazdu. Nawet w wypadku posiadania takowej kartki ale nie umieszczenia jej za szybą, kara wynosiła tyle samo, co w przypadku parkowania bez zezwolenia czyli ok 500 koron.
Tak samo szybko i śpiewająco jak przekroczyliśmy próg naszych gości, wróciliśmy do auta aby wetknąć "przepustkę nietykalności" zanim ktoś wlepi nam mandacik.
Juhu zdążyliśmy..
a oto przykładowe ceny usług dentystycznych:
zacznę od dobrej nowiny dzieci do 19 roku życia zwolnione są z opłat dentystycznych, nawet jeśli chodzi o koszty związane z aparatem korekcyjnym - to akurat super.
a teraz coś na otrzeźwienie i dbanie o zęby ponad miarę -
zwykły przegląd dentystyczny, za który ja w Polsce nigdy nie zapłaciłam tu kosztuje jedyne 750 koron, czyli jakieś ok 360 zł
aparacik na zęby dla osoby dorosłej to już wydatek rzędu od 10 tys zł w zwyż.
A tak z innej beczki, ponoć nie powinno się płukać zębów po szczotkowaniu, tak by fluor pozostał na zębach w celach ochronnych, wypłukując go nic nam to nie daje, to nas wszystkich zaskoczyło, za to najbardziej zaskoczeni zostali przy dzisiejszym spotkaniu chińczycy, którzy oniemieli z wrażenia słysząc, że my myjemy zęby po posiłku a nie przed. Otóż ich teoria dot. mycia zębów po przebudzeniu przed śniadaniem, bierze się stąd, że bakterie, które obecne są w jamie ustnej po całej nocy, według nich, gdyby zęby zostały nieumyte przed posiłikem, owe bakterie zostałyby połknięte i przedostały się do organizmu.
Ciekawe spostrzeżenie, inna sprawa, to fakt, że nie przejmują się zębami swoich pociech, ponieważ jak to obecny na spotkaniu chińczyk ujął "przecież mleczaki i tak kiedyś wypadną".
Wizyty u dentysty jeśli chodzi o dzieci, koordynowane są przez dentystów, którzy to uprzejmie przypominają nam telefonicznie o zbliżającej się niedługo wizycie. Jeden kłopot do pamiętania mniej.
1) Rowerowe trio
ile osób, jest w stanie sprawnie przemieszczać się na jednym rowerze, po ośnieżonych i śliskich ulicach, którym niejednokrotnie towarzyszy obniżenie lub podwyższenie terenu ?
3 osoby na rowerze, to często przeze mnie obserwowane zjawisko, młodzież podwozi się tak do/ze szkoły, osoba kierująca opiera się na pedałach, pierwszy pasażer, siedzi na siodełku, trzymając się kierującego, drugi pasażer siedzi na bagażniku i trzyma się pasażera nr 2
i kiedy tak się zastanawiałam patrząc jak wpadają w poślizg, stwierdziłam, że zasadniczo, nie chciałabym być pasażerem nr 2, któremu zwisające nogi nawet nie sięgają do podłoża.
2) Jeżeli wydaje Ci się, że jest zimno, to wcale nie jest zimno
kiedy ja opatulona w ciepłą kurtkę, pod spodem mam gruby sweter i golfem, na głowie wełniana czapa, podwójne rękawiczki i zimowe wysokie buty, mym oczom ukazuje się widok następujący:
starsza sąsiadka, która jeszcze do wczoraj była bardzo chora, wita mnie na spacerze w lekkiej kurtce, tak rozchełstanej, że rozpięty suwak ukazuje cały jej dekold i połowe ramion
3) dzieci
inna sprawa, też często przeze mnie obserwowana, to dzieci, ubrane w kurtki, rękawiczki, szaliki, czapki i tu następuję pewien dysonans :
i do tego albo długie spodnie a na gołych stopach japonki
albo do zimowej góry, leginsy o długości 3/4 i na gołe nogi buty tzw. crocsy
w marketach, urzędach, sklepach itd małe dzieci często przechadzają się na boso lub w samych skarpetkach, nie rzadko, kiedy rodzicie z kimś się zagadają, kładą się na marketowej posadzce między nogami rodziców i turlają z zapałem, o dziwo nikt im uwagi nie zwraca.
Każdy pilnuje własnego nosa i nie zawraca sobie głowy stylem życia innych, u nas w Polsce, za to prawienie komentarzy obcej osobie spotkanej na drodze z dzieckiem to chyba jakaś plaga, sama się z tym spotkałam kiedy urodziło mi się dziecko i strasznie mnie to wkurzało, bo jeśli byłyby to jakieś rozsądne komentarze, bądź miały pozytywny wydźwięk, to nie mam nic przeciwko, ale włażenie z butami w cudze życie bez jakiejkolwiek wartości merytorycznej, za to same komunały, odzwierciedlające nic innego jak jakieś stare zabobony, zazdrość, czy inne podobne uszczypliwości, to po co sobie język strzępić. Zawsze mnie to wkurzało, a tu albo się do kogoś miło zagada albo wcale i to się nazywa kultura
4) czy my aby jesteśmy w Szwecji
Szwedzi mają taki zwyczaj, nie wiem co prawda, czemu on ma służyć ale
przed domami na wysokich słupach powiewają szwedzkie flagi i to nie rzadko
5) ile razy się już zawahałam...
tu nie ma parteru, a następnie pierwszego, drugiego i trzeciego piętra.
Tu jest od razu pierwsze, drugie i trzecie, ale żeby nie było tak prosto w windzie jest tylko drugie, trzecie i kolejne a ichnie pierwsze, czyli nasz parter ukryte jest pod tajemniczą literą "B".
Jako, że jest ze mnie prawdziwa sportsmenka ;-)
najpierw się dziś wykąpałam i zrobiłam na bóstwo, żeby potem przy okazji stwierdzenia brzydkiej pogody, wymyślić, że pójdę z dzieckiem na spacer do centrum sportowego, żeby się na jutro na rano na siłownię zapisać (ponieważ niektóre urządzenia wymagają uprzedniego zabukowania sobie sprzętu na określony czas), nie byłam jednak pewna czy zapisać się można z wyprzedzeniem, czy tylko na określony dzień, więc żeby nie tracić czasu i zapału ubrałam od razu strój sportowy, oczywiście ręcznika nie wzięłam, bo stwierdziłam, że idę poćwiczyć tylko na bieżni i na rowerku, więc się nie spoce.
Jakże to było błędne założenie, okazało się już po pierwszych 15 min.
Efekt był taki, że byłam cała mokra, zdyszana, kolka mnie złapała, skarpetek na zmianę nie wzięłam, bo jak już wspomniałam, nie zamierzałam się pocić... hahaha...
Jeszcze dobrze, że w międzyczasie przyuważyłam, jak po zakończonym ćwiczeniu, każdy ściereczką z płynem dezynfekującym czyści po sobie sprzęt, bo wyszła bym na laika, który ostatnio był w siłowni przed urodzeniem dziecka a nawet przed ciążą, czyli jakieś ok 1,5 roku, a tak nie dość, że strój był fachowy, dzidziuś leżał w wózeczku obok sprzętu i zapałem obserwował skaczącą mamusię, głośno się przy tym śmiejąc, sylwetka prawie nienaganna, to i nie wyszłam na takiego domowego lenia patentowanego jakim jestem.
Przez chwilę rozważałam nawet czy by się nie wykąpać i nie wytrzeć kocykiem mojego dzidziusia, ale stwierdziłam, że jeszcze w takiej desperacji nie jestem, do domu raptem ok 10 min, więc najpierw po wyjściu muszę odtajać w środku (na dworze jakieś 0 stopni) a potem w drogę !
A w domu, kontynuując zdrowy i sportowy tryb życia, na kolacje zjadłam loda, wypiłam 3 szklanki wody z sokiem i zjadłam pół arbuza.
Tak więc jak widać, wszystko pięknie, gdyby nie to błędne założenie...
I stało się, dzidzia się rozchorowała. Wszystko zaczęło się w czwartek w nocy, przepłakała całą noc, w piątek do południa było spokojnie a po południu jasne już było, że maluch chory.
Oczywiście wizyta u lekarza okazała się niemożliwa, ponieważ umawianie terminu ma miejsce tylko rano w godz 8-9. Nic tylko czekać do poniedziałku. A maleńka tak krzyczała całą noc i dzień, tak ją męczył katar i kaszel, że już rozważaliśmy czy by nie pojechać do szpitala, tyle, że najbliższy to jakieś ok 2 godz. drogi stąd. Nie ma to jak mieszkać w głuszy... Nie ma prywatnej kliniki, żeby podjechać kiedy się chce i z czym się chce. I przyznam, że nie to wszystko zdenerwowało, bo w domu czy to z prawdziwą przypadłością czy z wyimaginowanym problemem, mogłam pojechać do lekarza, do którego chciałam i kiedy chciałam, a tu zmuszona jestem wysłuchiwać płaczu przez cały weekend, nosić na rączkach, 24h i to w określony sposób, bo inne nie przynoszą rezultatów. Mała nie je, nie śpi, ciągle kaszle, męczy ją katar i tak jeszcze 48h.
Nadszedł poniedziałek, nastawiłam budzik na 8 rano, żeby nie przespać godziny na umówienie wizyty i dzwonię.
Odbiera przemiła pani i raczy mnie minutową, płynną wypowiedzią o czym - tylko ona jedna wie.
Przechodzimy na bardziej przystępny dla turysty język obcy angielski, zostaje przełączona do innej osoby i kiedy już kamień spada mi z serca, wreszcie dowiem się, czy to zwykłe przeziębienie czy może zapalenie oskrzeli, bo kaszel i katar nie wyglądają mi na lekkie przeziębienie.
A tu niespodzianka, pani informuje mnie, że dziś nie ma w centrum medycznym lekarza !!! Myślę sobie, ale jak to, to jedno takie centrum dziecięce w mieście a tu lekarza dziś nie ma, a no nie ma.
Dostaje dalsze instrukcje i dzwonie do drugiej (ostatniej już przychodni w mieście). Wiszę na słuchawce a tam nikt nie odbiera, myśle sobie - no świetnie. Wtedy w słuchawce odzywa się automatyczna sekretarka informując mnie, żebym zostawiła numer telefonu a oni oddzwonią. Wystukuje numer na klawiaturze telefonu i gotowe, tylko się potem zaczęłam zastanawiać, czy ja dobrze nasz nowy numer domowy zapamiętałam... ??? Człowiek już tak chyba ma, że jak mu na czymś nie zależy to potrafi w sekundę od niechcenia poprawnie zareagować, a jeśli sprawa jest niecierpiąca zwłoki i jest się poddenerwowanym, to się potem zachodzi w głowę, czy aby na pewno podałam dobry numer, co jeśli przycisnęłam zły klawisz ??? Nie daje się wciągnąć w zdenerwowanie swoim własny myślą.
Waruje przy telefonie, nie idę się kąpać, bo a nóż zadzwoni, dzidziusia karmię na skraju kanapy w bliskiej odległości od telefonu, a tu nic.
Nagle dzwoni !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Podchodzę, odbieram i śpiewająco witam moją rozmówczynie panią dr, angielskim "Hello", żeby nie traciła czasu na zadawanie pytań w jęz. szwedzkim a ja nie próbowała dedukować o co jej może chodzić. I co, w słuchawce odzywa się głos tatusia, dzwoni właśnie z zagranicznej delegacji zapytać co też u nas słychać.
AAaaaaaaaaaaaaaaaaa myśle sobie, nie teraz, nie teraz... rozłączam się.
W końcu ufając tutejszym zwyczajom wrzuciłam na luz i grzecznie zajęta czymś innym czekam na telefon. I doczekałam się.
Pani pyta o co chodzi, więc wyjaśniam, że potrzebuje umówić się na wizytę u lekarza DZIŚ i wszystkie przypadłości ostatnich dni, straszliwy, męczący i nie kończący się katar, następnie suchy a potem już mokry i niewiarygodnie męczący, wybudzający nawet ze snu kaszel, kompletny brak apetytu, sine usta, temperatura, brak snu przez ostatnie 2 dni.
Pani spokojnie tłumaczy mi, że to najprawdopodobniej nic takiego, myślę sobie "ta, nic takiego, a mi dziecko oka zmrużyć nie może, od 2,5 dnia prawie nic nie je, co w jej przypadku oznacza nie pije, a tu nic takiego". Następnie wysłuchuje kilku porad co mam w takiej sytuacji zrobić i kiedy już tracę nadzieję, że ktoś tu moje dziecko osłucha i powie mi czy mam się czym martwić, słyszę, że jeżeli chce, mogę spotkać się z lekarzem o 8:20 - myślę sobie, ale jak, przecież 8:20 to chyba jutro, skoro przychodnia otwarta jest do godz. 16 - i nie mylę się, czekam do jutra.
Nastawiam budzik godzinę wcześniej, choć mam do przychodni zaledwie minutę jazdy samochodem, to akurat dziś wieczorem zaczął sypać śnieg, więc trzeba będzie odkopać jeszcze samochód. Rano z niewyspania, przestawiam budzik o 30 min do przodu- kaszel i katar i w duecie i osobno znów co rusz to wybudzały maleńką dziewczynkę ze snu a ona alarmującym rykiem informowała mamusię, że znów musi ją utulić, pohuśtać, ponosić, zakroplić nosek, odciągnąć gile, co już małej istocie dawno przestało się podobać, a jest już na tyle sprawna, że odchyla główkę w drugą stronę, kręci nią to w prawo to w lewo, uniemożliwiając mi wprowadzić aspirator do noska, drugą ręką więc unieruchamiam biedną i rozdrażnioną i krzyczącą główkę, wtedy na ratunek dzidzi przychodzą jej coraz to sprawniejsze rączki i odpycha nimi ratującą ją mamusię, jako, że ja trzeciej ręki już nie mam, toczę walkę z małym wyrywającym się ciałkiem - no i weź tu nie oszalej, pomóc komuś kto naprawdę potrzebuje Twojej pomocy ale za nic w świecie nie da sobie pomóc, to chyba najtrudniejszy pacjent.
W końcu udaje nam się wyjść z domu, niestety mamy tylko 10 min a samochód jak na złość cały biały i to nie jak sądziłam białym puchem, który lekko zdmuchnę z auta, wszystko zdrowo przymarzło, włącznie z drzwiami, zanim zapewniłam sobie widoczność we wszystkich oknach, zgarnęłam tony śniegu z auta, było już 18 po, czyli 2 min do wizyty. Jadę, oczywiście po woli, bo nie dość, że może być ślisko, to jeszcze żaden pieszy czy gorzej rowerzysta nie zwalnia ani nie rozgląda się tutaj przed wejściem na pasy. Żeby było łatwiej cały parking zajęty, zaradna matka polka, której właśnie wybiła 8:20 parkuje auto centralnie na przeciwko wejścia tyle, że po drugiej stronie ulicy na czyjeś posesji, acz kulturalnie bo zaledwie na jej skraju, czasu nie ma na kurtuazję, dzidziuś czeka.
Wpadam i tu kolejna zagadka, usiąść w poczekalni jak w poprzedniej przychodni i czekać aż mnie zawołają, czy szturmować dalej... ale widzę, ktoś siedzi i czeka, patrze a tu ktoś inny szturmuje przychodnie, idę więc dalej, a tam recepcja no i wszystko jasne, już wiem, że mam iść do poczekalni, wtarabaniłam się tam z nosidełkiem w kurtce, już solidnie zgrzana, malucha rozbieram, i tak rzuca mi się w oczy, że tu gdzieć musi być i szatnia, ale żeby nie pokazać innym, że na to nie wpadłam, niby najpierw rozbieram najpierw maluszka a potem idziemy na poszukiwanie szatni, trzymając mała na rękach idę powiesić moją kurtkę na haczyk, a tu jak na złość, nie ma haczyków tylko wieszaki, wiec próbuje z gracją zdjąć wieszak, zawiesić na nim kurteczkę a następnie wieszak na drążku ale się nie daje, tu dziecko trzymać, tu wieszak zdjąć, tu kurtkę nadziać, na domiar złego, ktoś się tu pcha i coś do mnie gada, myśle sobie staruszek chce przejść, usuwam się ale dalej coś gdera, mówię "sorry" i tu nagle kolejna niespodzianka, następny staruszek płynnym angielskim mówi, że chce mi pomóc z kurtką, WOW padam z wrażenia i chętnie przyjmuje pomoc.
I tu kolejne porównanie do mojej starej polskiej przychodni dziecięcej i życzliwości ludzkiej, kiedyś wchodząc do gabinetu i to samo wychodząc. W jednej ręce z maleńkim niemowlakiem, w drugiej z nosidełkiem, jej ubrankami przyciśniętymi brodą do klatki piersiowej i kocykiem dzierżonym gdzieś pod pachą, musiałam sobie sama otworzyć po czym zamknąć drzwi, ponieważ moja osławiona już pani dr nie raczyła mi pomóc, za to siedząc za biurkiem znudzenie gapiła się, jak ledwo otwieram i zamykam drzwi.
Uwolniona od nadmiaru garderoby idę na rekonesans, i co widzę, kawka z automatu 7 rodzai, herbatka, soczki, ciasteczka, owocki, z niedowierzaniem szukam cen.... nie ma. Myślę sobie, proszę to co u nas w prywatnej klinice często za dodatkową opłatą tu jest na wyciągnięcie ręki. Nawet zapałki z logo, niczym w pubie, myśle sobie, nie za pięknie, to chyba musi jakąś symboliczną koronę kosztować, więc nie napełniam sobie nimi kieszeni ;-)
Nagle mijają mnie dwie szwedki i maszerując dalej truimfalnie pakują do kieszeni po paczce zapałek, czyli a jednak.
W poczekalni tv, sala zabaw dla dzieci, z licznymi maskotkami, grami logiczno-zręcznościowymi, kanapą i podwieszonymi balonikami z serpentynkami, gdybym była dzieckiem bardzo by mi się podobało.
Nadchodzi moja kolej, pani dr prosi mnie to gabinetu, idę za nią korytarzem, po czym przed gabinetem, pani schyla się niczym paź na dworze króla i grzecznie wskazuje mi fotel, który mogę zająć w jej gabinecie, wpuszczając mnie pierwszą do środka. To rozumiem !
Wyjaśniam wszystkie dolegliwości dziecka, dr przystępuje do badania i tu też nie ona wywija dzieckiem na wszystkie strony badając jak osławiona już polska dr, tylko ja trzymam dzidzię i przekręcam w daną stronę, przez co mała wcale się nie denerwuje. Osłuchanie, kontrola uszu, gardła i brzuszka nie wskazują na żadną poważną chorobę, dr proponuje zrobić badanie krwi na wypadek jakiegoś wirusa, i tu prawie mdleje drugi raz, nie słyszę jak to ostatnio w polsce "dziecko to istota żywa, więc kicha i kaszle" tylko dr sama z siebie proponuje badanie krwi, korzystam ochoczo, myśląc sobie, dobra jeszcze tylko poczekam kilka dni na wyniki i wszystko jasne. Krem pobrana w dosłownie 2 sek, mała nawet nie zorientowała się co jej się przydarzyło, do tego pomiar temperatury, ponieważ przyznałam się do chyba nie bardzo wiarygodnego termometru domowego i proszą mnie o jeszcze chwilkę cierpliwości, idę więc na kawkę i ciasteczko ;-))))))))))))))))
Pani dr znów prosi mnie do gabinetu i dyga przed drzwiami niczym na dworze pańskim wpuszczając mnie do gabinetu jak urodzoną ekscelencję. Zaczynam się do tego przyzwyczajać...
Siadam, w oczekiwaniu na przepisane leki o ile jakieś będą a tu pani dr raczy mnie wynikami badania krwi, no proszę, nie dość, że na miejscu, to jeszcze w ekspresowym tempie i tak właśnie powinno być, idąc załatwiać jedną sprawę powinno się ją móc załatwić na miejscu a nie latać po pokojach jak w NFZ'cie, a właściwie po budynkach, żeby na końcu w końcu zostać skierowanym do odpowiedniego pokoju i tam usłyszeć, że oni nie mogą tego dokumentu dać bo tak i tak... Bo wtedy się człowiek zaczyna zastanawiać, po pierwsze dlaczego się go traktuje jak przygłupa pierwszej rangi i po co się go gania po całej instytucji, skoro się okazuje, że dokument, który należy przywieźć do szwedzkiego ubezpieczenia nie będzie wydany, dopóki nie wyjedziemy, no chore to na maxa. Mam się potem teleportować, będąc tu, żeby go odebrać.
Ale wracając do sprawy, badania krwi omówione, syropek przepisany, do tego jeszcze kropelki do noska. Pędzę do apteki po odbiór, wpadam, rozglądam się i sztywnieje, hmmmm coś tu jest inaczej, kasa jest, ludzi od groma, też, ale jaby rozsiani, jedna osoba przy kasie, kolejne dwie przy innych okienkach po drugiej stronie sali a na środku na krzesełkach inni oczekujący, wytężam sokoli wzrok i widzę numerki w ich dłoniach, ah tak, myślę sobie, tak jak u nas na poczcie i w ZUSie, tylko gdzie się je pobiera, zaglądam w każdy kąt, znalazłam, co prawda nie przy wejściu, co było by racjonalne ale trochę w głębi. Wybij mój numerek, podchodzę do okienka "wydawczego", pani farmaceutka pyta mnie o wiek dziecka ale i o jego wagę i od razu przelicza mi jaką dawkę mam małej dać, kiedy i jak podać i jak długo można stosować, po prostu nawet ulotki czytać nie muszę. Jeszcze bonusik przytuliłam, za namową pani przypisałam dziecko pod siebie i teraz jak tylko przekroczymy magiczną sumę wydatków w aptece 900 koron, wtedy wszystkie kolejne lekarstwa z 50% zniżką, no to jak miałam nie dopisać.
Także tal wygląda służba zdrowia w mieścinie.
I chyba zgadza się, że szwedzi na lajcie do spraw zdrowotnych podchodzą, a nie wmawiają sobie od razu zapalenie oskrzeli itd. jak my to mamy w zwyczaju.
Dziś również dostałam pocztą zaproszenie do drugiej przychodni na badania i tak sobie myśle, może się nawet tu przeniosę bo wizyta wyjdzie taniej niż mnie to kosztuje w Polsce.
Tak, tak, dzień pełen napięcia i podniecenia, dziś czyli w niedziele sklepy będą wyjątkowo otwarte w godz. 15-19, wystawy będą mieniły się świątecznymi iluminacjami, na głównej ulicy będą stragany i pięknie przybrane wystawy sklepowe. Na rynku miejskim oprócz mieniącej się choinki, będą rozstawione liczne straganiki a dla najmłodszych przewidziana jest masa atrakcji.
WOW myślę sobie, jak tu takie atrakcję się szykują to idę, nie ważne, że od rana leje i wieje, niczym podczas sztormu na Bałtyku, tego nie mogę przegapić.
Mieszkamy rzut beretem od rynku, kiedy się przejaśniło szybko ubraliśmy siebie i dzidzię i chodu na dół, już wychodząc z klatki wróciła dawna aura, zaczęło padać, deszczysko lało się z nieba niczym z dziurawej Niagary, wiatrzysko wiało tak niemiłosiernie, że aż połamaliśmy nasz zdobyczny parasol. A wózek z rozpędem staranował VOLVO zaparkowane przy krawężniku Córunia na tę eskapadę poszła w miękkim nosidełku przytulona pleckami do klatki mamusi, miała wtedy okazję do podziwiana światełek, uniknęła więc bliskiego spotkania z VOVLO.
Nie łamiąc się przeciwnościami pogodowymi powędrowaliśmy dalej.
Wchodząc na rynek, na którym miały mieścić się stragany, spoglądamy w prawo - stragan, spoglądamy w lewo - stragan, następnie spoglądamy na siebie - "to wszystko...?"
A gdzie klełbaski na ciepło, gdzie grzane winko, gdzie słodycze, gdzie lukrowane domki, gdzie balony dla dzieci, gdzie coklwiek...
Tłumy ludzi z dziećmi gromadzą się na rynku a ja się zastanawiam po co, postanawiamy obejść wszystkie dwa stragany i zobaczyć co oferują. Oba oferują loterię, kupuje się losy i coś tam chyba wygrywa, ale że nie rozumiemy co można wygrać i jak, postanawiamy poczekać na tutejszych znajomych a w międzyczasie idziemy pooglądać te niesamowite wystawy sklepowe no i promocje, zacieram ręcę, wreszcie się obkupie.
Wchodzimy na główną ulicę, rozglądamy się i aż dziw bierze, albo ja nie widzę, albo te wystawy nie są tak przystrojone ja się tego spodziewałam, a liczyłam na piękne świąteczne elementy w postaci mikołaja, renifera oraz kolorowe lampki oświetlające witryny. Kurcze inaczej to sobie wyobrażałam... Ale wchodzimy do sklepu, jeśli nie na zewnątrz, jakieś atrakcję muszą czekać wewnątrz. Promocje są, ale chyba zwyczajne jak co dzień, a proszę jest i to czego szukałam 20% rabatu, NO !
Wchodzimy, wózek zostaje przed wejściem tak jak kilka innych dziecięcych przyczepek, to mi się podoba, cokolwiek nie zostawisz przed sklepem, będzie na Ciebie czekać. Oczywiście nic nie kupiliśmy ...
Wracając główną ulicą mijamy jeszcze kilka straganów z losami, z grzanym winkiem, ciasteczkami, wędzoną rybką, cukiereczkami itd.
Podsumowywując, nie ma co liczyć na więcej i więcej, w małym miasteczku trzeba się cieszyć z tego co jest, nawet jeśli są to tylko 2 stragany na rynku i 3 na głównej ulicy. Wszyscy dobrze się bawili, niektórzy nawet obkupili, dzieci radośnie biegały do okoła, deszcz i wiatr nie był nikomu straszny.
A dziś... dziś żałuje, że nie kupiłam tej piżamy w wersji kombinezonu...
Dziś nasza pierwsza wizyta w centrum medycznym w Szwecji, na pierwszy ogień idzie nasza córcia.
Z serii 3 szczepień zostało nam 3-cie, ostatnie, idziemy sie więc umówić na szczepienie.
Do pozytywnych informacji należy, że dzieci w Szwecji leczone są zupełnie za darmo, nawet dentysta, tak więc nie trzeba opróżniać kieszeni przed każdą wizytą jak to jest w przypadku osób dorosłych, które do przekroczenia pewnej sumy po której wizyty są darmowe, muszą jednak te pierwsze chyba ok 10 opłacić.
Wchodzimy do budynku a tam żeby było trudniej RECEPCJI nie ma, dumamy krótko, czy aby na pewno jesteśmy w dobrym miejscu, ale ja pamiętam z pierwszej wizyty w mieście, kiedy to mieliśmy małe tur po miasteczku, że to właśnie TU. Widzę kanapę, kilka foteli i informację, z której z moją mizerną znajomością szwedzkiego, za to świetną znajomością niemieckiego, wyłapuje z kontekstu, że należy rozgościć się na fotelach do momentu jak nie zostanie się poproszonym, więc siadam.
Po kilku minutach kiedy wybija godz. 14 na którą to byliśmy umówieni, z korytarza wyłania się pani i mówi na głos imię naszej córci, znaczy się to my. Pani prowadzi nas do gabinetu, po czym wita się ze mamą, tatą a na końcu z dzidzią - no kto się u nas z dzidzią wita to ja nie wiem, no bynajmniej nikt z naszej starej polskiej przychodni.
Najpierw opowiadamy po co przyszliśmy i tu pojawia się drobny problem, otóż w Szwecji ta szczepionka jest stosowana tylko w przypadku, kiedy występuje niebezpieczeństwo do odziedziczenia jakieś (bo nie pamiętam dokładnie jakiej) przypadłości po rodzicach, a u nas w kraju zaleca się ją gorąco wszystkim rodzicom, nie biorąc pod uwagę stopnia zagrożenia w linii dziecko-rodzic, jak miło.
Także okazuje się, że pani pielęgniarka musi skonsultować to z dr i wtedy da nam informację, czy będą ją szczepić ten 3 raz, ponieważ ich zdaniem w jej przypadku, kiedy nie ma zagrożenia, już 2-krotne jej szczepienie nie było konieczne. No właśnie a dla naszej pani dr, która u nas w przychodni aż delikatnie mówiąc zmuszała swoimi opowieściami do tegoż szczepienia, była zdania, że koniecznie trzeba dziecko zaszczepić i taką miarką traktowała wszystkie dzieci w przychodni, bez względu na zagrożenia zachorowaniem. Czyżby jakiś bonusik od firmy farmaceutycznej - kiedyś tak się z innymi mamami w przychodni zastanawiałam, ponieważ ponoć jedną z mam pani dr wręcz zmuszała do szczepienia, teraz coraz bardziej myślę, że jakiś bonusik musiał być, skoro te szczepienia dobrowolne.
Uzgodniliśmy, że po konsultacji z lekarzem za ok 3 tyg. pojawimy się na następnej kontroli i wtedy to postanowimy co robić. A że już jesteśmy to założymy dzidzi kartę i zmierzymy ja i zważymy, WOW i tu mdlejemy oboje. Bo w naszej przychodni ( i broń Boże, nie mam tu na myśli ,że wszystkie przychodnie w Polsce takie są, wiemy ,że nasza i nasza pani dr były wyjątkowe) kiedy byłam już na 2 wizytach i dziecko nie zostało ani zważone ani zmierzone i w końcu zaczęłam się tego domagać, no bo skąd miałam wiedzieć, czy dzidziuś przybiera na wadze tyle ile powinien i czy rośnie w odpowiednim tempie. A więc pytam naszą panią dr "czy możemy zważyć i zmierzyć dzidzie?" a ona mi na to bez ceregieli "NIE", tu szeroko otworzyłam gębę i myśle sobie chyba cos tu jest nie tak, pytam czemu a ona mi na to, że ona nie ma czasu, nie ma dzis pielęgniarki a ona musi biec na chorą stronę i wybiegła.
Kiedy w gabinecie zostaliśmy sami, poproszeni o pogaszenie świateł jak wyjdziemy, prędko zważyliśmy i zmierzyliśmy dzidzię aby mieć choć ułamek pojęcia czy wszystko jest ok i ile już urosła. Skoro zrobiliśmy to bez przygotowania w dosłownie kilkanaście sekund, znaczy, że obecność pielęgniarki chyba taka konieczna nie była. A tu proszę, człowiek nie musi błagać o zważenie i zmierzenie dziecka.
I kolejna różnica u nas dzidzie warzyło się w pieluszce i odejmowało chyba 100g, a tu na golaska, no i co jest bardziej racjonalne...
Urosła sporo, ale przytyła nie wiele.
Potem pielęgniarka przystępuje do założenia karty pacjenta i tu kolejna już tym razem nawet fascynacja, są nam zadawane pytania o stan zdrowia nasz i naszych rodziców i dalszej rodziny, pani nawet słusznie zauważa, że tata nosi okulary i zakreśla odpowiedni krzyżyk w specjalnej tabeli. Potem na siatkach centylowych zaznacza wagę i wzrost dzidzi od urodzenia do dziś, obraca kartę z siatkami i zaczyna nam krok po kroku tłumaczyć co i jak - padam z podziwu, bo o ile te siatki nie są mi obce bo śledzę je w internecie tak w naszej starej przychodni nikt nam tego nie tłumaczył. Co więcej nawet przy porodzie nikt mnie o większość istotnych spraw nie pytał i o ile w planach miałam ich za to w trakcie zbesztać, tak umówmy się, troche mi to wyleciało z głowy i uświadomiłam to sobie dopiero kilka dni po jak wszystko przemyślałam, tak więc teoria to jedno a praktyka to inna sprawa. Następnie pyta jak dzidzia jest karmiona i czy przesypia noc. A dzidzia noce już przesypiała ale przystała i teraz budzi się co 3 godz na karmienie no i tu pada pyt., którego się absolutnie nie spodziewałam "czy sobie daje z tym radę, czy sie wysypiam". Czyli jednak o matkę można dbać na równi z dzieckiem, nie trzeba jej spychać na dalszy plan i traktować jak zło konieczne.
Pamiętam jak krótko po porodzie ale jednak nie tak krótko jak to powinno być, przyszła do nas pielęgniarka środowiskowa i pani dr, żadna oczywiście nie zainteresowała się moim samopoczuciem, od razu zaczęły mi wymieniać czego nie wolno mi jeść karmiąc i tak : "banany nie, owoce południowe nie, śliwki nie, czereśnie nie, truskawki w żadnym wypadku, ser żółty za ciężki, lody to samo, smażone nie, czekolada nie, kakao nie no i tak generalnie to na początek może być pieczone jabłko". Pamiętam jakie miałam złe samopoczucie na początku kiedy to prawie nic nie wolno mi było jeść, no już nie wspomnę o wartości mleka.
Ale nie przyznałam się już na głos, że truskawki, czereśnie, śliwki, nektarynki, banany, jagody, maliny i żółty ser to ja już od ponad tygodnia jem i jakoś to dzidzi nie szkodzi. Dlatego uważam, że takie brednie czego to nie wolno, to powinny obie panie zachować dla siebie, każde dziecko jest inne i każdemu co innego przeszkadza i nie ma co opowiadać jak to dziecku to z pewnością zaszkodzi bez uprzedniego spróbowania.
A teraz jeszcze ku woli wyjaśnienia dlaczego tak się zachwyciłam tutejszą przychodnią opowiem parę anegdotek z naszej starej polskiej przychodni dla dzieci.
Już wychodząc ze szpitala musiałam podać dane przychodni gdzie córcia będzie należeć, żeby mogli przesłać dokumenty i tak na szybko wybraliśmy jedną, najbliższą nas, gdybyśmy wtedy wiedzieli to co wiemy teraz zapewne wybralibyśmy te najdalszą... A więc dzidzia została zapisana do przychodni na moje nazwisko (taka reguła, jeśli nie jest się małżeństwem a dziecko jeszcze nie zostało zarejestrowane w urzędzie).
Idę na pierwszą wizytę, żeby się dowiedzieć co i jak, jak często mam przychodzić na co uważać, kiedy się martwić itd. to moje pierwsze dziecko więc oczekiwałam porady, wyjaśnień i takie tam. Pani dr w wieku już raczej mocno emerytalnym z wielkim fochem i obrazą majestatu, lakonicznie udzieliła mi "odpowiedzi", od razu mi się to nie spodobało, bo to nie ja mam wszystko wiedzieć a ona, i to nie ja mam wertować internet w poszukiwaniu odpowiedzi, kiedy mogę je uzyskać na miejscu.
Potem czas na pierwszą szczepionkę, dane córci już w międzyczasie zmieniliśmy tzn. dostała nazwisko po tatusiu, tatuś zaniósł akt urodzenia do przychodni i gotowe. Wchodzę do przychodni, recytuje nazwisko i pojawia się gigantyczny problem, pani z recepcji robi mi karczemną awanturę, że kto to słyszał, że tak nie można, zmieniać sobie nazwiska od tak, po prostu przekreślając na karcie pacjenta. Krew mnie po woli zalewa, bo czy to mój problem, że ktoś spartolił swoją robotę, więc pytam "a czy to ja sama to nazwisko w przychodni zmieniam na karcie, czy też może, jest za to odpowiedzialny ktoś z pracowników" pani uraczyła mnie ciszą, na to wchodzi już osławiona złym imieniem pani dr i mówi do mnie z wielką pretensją "ładny tu bałagan zrobiliście" no wtedy to już przeszła samą siebie, myślę sobie co to za zachowanie, ktoś z przychodni zrobił błąd i zamiast to tej osobie wyjaśnić zasady zmiany nazwiska to mi tu teraz aferę robią, po krótkiej wymianie zdań poproszone mnie o przyniesienie kopii aktu urodzenia, rozkładam ręcę i mówie "już był dostarczony" ale oczywiście obie twierdzą, że to niemożliwe. Nie chcąc się już dłużej kłucić, idę na szczepienie, najwyżej będzie na stare nazwisko, najważniejsze żeby była zaszczepiona. W gabinecie szczepienna otwiera kartę córci, wertuje kartki i nagle słyszę "a co to jest?" odwracam się, zaglądam w kartę co też tam takiego może być, spoglądam i chce mi się tylko śmiać, mówie "to jest właśnie kopia aktu urodzenia, która waszym zdaniem nigdy nie była dostarczona", wtedy obrywa mi się po raz kolejny ponieważ takich dokumentów nie wolno im trzymać w karcie - a czy to przepraszam ja to tam wsadziłam. Same kompetentne jednostki, skoro nawet nie sprawdziły w karcie.
Następna wizyta spowodowana jest tym, że wybieramy się na urlop nad morze a mała poza tym, że kicha to jeszcze zaczęła pokasływać, więc nie wiem czy to coś poważnego i idę ją zbadać. Moja ulubiona pani dr widzi mnie jak wchodzę, ale mino to podejmuje polemikę z recepcjonistką po czym gdzieś znika a ja siedzę pod tym gabinetem jak głupek, w końcu pojawia się podchodzi do mnie i pyta "czy dziecko jest chore" no o mało nie omdlałam, mówie "to ja się pytam czy jest chora" ale ona gdzieś pognała, za jakieś 10 min, czyli jakieś 25 min po czasie od którego powinna przyjmować pojawia się, mija mnie, wchodzi do gabinetu, ja się unoszę z krzesła żeby wejść a tu drzwi zamykają mi się przed nosem. Szlag mnie trafia ale widać herbatka w gabinecie ważniejsza. Rezultat wizyty, pani dr mówi "to istota żywa, więc kaszle i kicha". Bez komentarza.
Takich wspaniałych wizyt mieliśmy kilka a przychodni nie zmieniliśmy dlatego, że niebawem wyjeżdżaliśmy za granicę.
A więc tak z ostatniej chwili rzutem na taśmę okazało się, że
sok pomidorowy
to nie tak podstawowy produkt jakby się wydawało. Otóż byłam w 3 supermarketach u nas w mieścinie, zajrzałam w każdy kąt i NIC.
Z wcześniejszych ustaleń wyszło, że nie ma co marzyć o zakupie:
galaretki,
kiślu,
budyniu
a i zakup bitej śmietany okazuje się być nie lada wyzwaniem